ABC
   
  Góry... Wolność, Pasja, Realizacja ____________________________ Korona Europy www.mafadike.pl.tl
  Grampian (Szkocja)
 


BEN  NEVIS  
(4-5 lipiec) 


Najwyższy szczyt Szkocji, położony w Górach Grampian na północy tego kraju i tym samym pozostający już w strefie wiatrów polarnych jest nasz! Decyzja o wyprawie zapadła spontanicznie i niespodziewanie, jednak udało się zdobyć górę owianą niejednym mitem. 

Pytacie: do diabła, a gdzie to jest? Szczyt znajduje się niemal na samej północy części kontynentalnej. Od zachodu widać Ocean Atlantycki, od wchodu - Loch Ness (Bliżej Loch Lochy). BN liczący sobie zaledwie 4409 ft, co odpowiada naszym 1344 metrom, nie jest szczytem specjalnie trudnym, acz zimą dla wielu pozostaje górą nie do zdobycia. Ze względu na położenie u zbiegu Atlantyku, Morza Norweskiego i Północnego oraz Arktyki po drugiej stronie brzegu sprawia, że nawet latem pogoda jest tutaj nie do zniesienia. I właśnie dlatego musieliśmy tam być! Dla jednych było to pierwsze zetknięcie się z tą górą a nawet samą Szkocją dla innych, powrót po kilku miesiącach w znane już okolice.  

Do Londynu przybyliśmy oddzielnie w różnych dniach (jedni wcześniej, inni później) tak, aby w piątek ok. godz. 15 wspólnie ruszyć z centrum Londynu. Po ostatnich górskich i spożywczych zakupach, cel był już tylko jeden - Ben Nevis. Po całonocnej jeździe samochodem nad ranem dotarliśmy do miejscowości Fort William, skąd wiedzie już prosta droga na górę. Ponieważ na miejscu zastaliśmy typową angielską pogodę czyli ogromną ulewę, to nieco zmodyfikowaliśmy nasz ambitny plan i najpierw postanowiliśmy się wyspać, a dopiero później wchodzić choćby i w deszczu. To sprawiło, że mimo wczesnej godziny dotarcia na miejsce, ruszyliśmy stosunkowo późno bo ok. 9-10 rano. Czas ten jednak kalkulowaliśmy w zdobyciu góry, tak więc wszystko pod kontrolą Na szczyt wchodzi się nie więcej niż 4h i schodzi nie dłużej niż 3h a jako, że dni są długie, to na spokojnie mogliśmy rozpocząć wejście od odpoczynku  




Wejście na szlak nie sprawia nam żadnego problemu. Dla pewności pytamy jednak w punkcie informacyjnym o właściwy kierunek i bez zbędnych dyskusji o pogodzie i niebezpieczeństwach wchodzenia, po chwili znajdujemy się po właściwej stronie strumienia. Stąd już prosto na górę.











Pierwszy etap wejścia jest banalnie prosty i wiedzie najpierw wzdłuż strumienia (ok. 5 min.) a następnie przez ścieżkę wydeptaną w trawie pomiędzy pastwiskami (ok. 10-15min.). Bardzo szybko dochodzi się więc do utwardzonej drogi a następnie do skalnych schodów. Ten etap wprawionemu turyście nie powinien zająć więcej niż 25min.



Drugi etap to nudna, ale za to pozwalająca na szybkie nabranie wysokości wędrówka po kamiennej drodze. To na niej, krótko po wyjściu z parkingu (ok. 30-40 minut drogi) napotkaliśmy ukryty w krzakach schron, co potwornie nas rozbawiło.



Po szybkim przejściu skalnych ''ułatwień'' znów wchodzimy na utwardzoną drogę, gdzie bardzo szybko docieramy do wąwozu.





Droga jest banalna, trudno zgubić szlak a odcinek ten jest w zasięgu możliwości każdego. Po jego przejściu, co nie powinno zająć więcej niż90min. dochodzimy do wąwozu.





Tutaj dopada nas najpierw bardzo silny wiatr uniemożliwiający dalszą wędrówkę w klasyczny sposób - na 2 kończynach, zaś po dojściu na jego górną granicę dopada nas również deszcz, który towarzyszyć nam będzie już niemal do samego szczytu.



W tym miejscu nastąpiło też nasze całkowite rozdzielenie i każdy z osobna, w zależności od indywidualnej tolerancji na wodę opadową, rozpoczął samotną wędrówkę ku wierzchołkowi. 

Wraz z nabieraniem wysokości robiło się coraz trudniej. Jednak największym wyzwaniem było nie tyle odnalezienie się na szlaku, co radzenie sobie z szalejącym żywiołem Nadmienić bowiem należy, że kiedy ruszaliśmy z dołu temperatura wynosiła ok. 20 st., zaś pod szczytem spadła poniżej zera. Dodatkowo deszcz, całkowite przemoczenie, lodowaty wiatr, aż wreszcie także i śnieg sprawiły, że znów czekały na nas niezapomniane doznania. Każdy owinięty w to, co miał pod ręką szedł jednak przed siebie. Generalnie wzbudzaliśmy nie lada sensację, kiedy w zawiei, przemoczeniu, po skutym lodem i śniegiem wierzchołku dumnie kroczyliśmy ku zwycięstwu. Z ust Anglików, Szkotów i innych nacji słychać było jedynie: this is crazy sporadycznie amazing. Cóż jednak zrobić, kiedy ma się do dyspozycji krótkie spodenki, krótki rękawek, przemoczone buty i worek na śmieci - bo inaczej trudno nazwać to, co sprzedaje się pod szumną nazwą: peleryna przeciwdeszczowa. Z lekka przymarznięci do tego, co jeszcze przed chwilą spływało nam po plecach i chlupotało w butach, dotarliśmy pod szczyt. Tutaj tradycyjnie pogoda godna projektu Mafadi tj. zimno, mokro, pochmurno i wieje. Do tego mgła dzięki której równie dobrze moglibyśmy zrobić sobie zdjęcia przy jakimkolwiek kamieniu i twierdzić, że to Ben Nevis. Niemniej jednak stało się! Z lekką hipotermią osiągnęliśmy swój cel. KGE powiększyła się o najwyższy szczyt.



Nogi skostniałe, dłoni nie czuć, załzawione od wiatru oczy zamarzają, ale na twarzach rysuje się uśmiech radości. Teraz już tylko prosta droga po znajomej ścieżce, gdzie z każdym metrem będzie coraz cieplej. Byle opuścić granicę śniegu. W tem spostrzegam, że schron na szczycie jest wyżej, niż oznakowanie wierzchołka. A zatem wdrapuję się tam i szczęśliwy podziwiam przepiękną mgłę - tak bardzo inną niż ta 1000 m niżej  



W tym ubraniu, a w zasadzie przy jego braku zbyt długo przebywam w strefie poniżej zera. Z niepokojem wypatruję znajomych twarzy i postanawiam zejść chociaż 100 metrów niżej. 







Po przejściu granicy śniegu zza mgieł wynurza się K. Pytana czy wie co dzieje się z A. odpowiada, że szedł za nią i zaginął po drodze czekając na kolejnego członka zespołu. Kalkulując, że chłopcy sobie poradzą ruszamy razem na szczyt. Tam czekamy za utraconymi z pola widzenia kolegami, aż w końcu postanawiamy zejść. Chwilę później pojawia się poszukiwany A., który po chwilowej wymianie zdań samotnie dociera na szczyt. Ostatecznie tylko nam trzem udaje się tam stanąć.

Ponieważ nic nie zapowiada poprawy pogody postanawiamy zejść jak najniżej, zanim znów trafi w nas oberwanie chmury. 



Przez moment udaje się nam nawet zobaczyć, gdzie byliśmy i co powinniśmy widzieć ze szczytu.





Wracamy tą samą drogą ścigając się z deszczem.




Paradoksalnie wątpliwości co do dalszego zejścia mamy na rozdrożu dróg prowadzących w dół do miasteczka oraz drogi wiodącej dalej zboczem do domu specjalizującego się w leczeniu Alzheimera. Oczywiście należało wybrać wariant drugi, ale o nim zapomnieliśmy i zeszliśmy na dół. Po chwili odpoczynku i zjedzeniu obiadu ruszamy w dalszą drogę. Nawigacja pokazuje nam Snowdonię...


*******************************************

Zainteresował Cię nasz wyjazd? 
Chcesz podzielić się z nami swoją opinią? 
Napisz:
 http://mafadi.pl.tl/Kontakt.htm 

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (72 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
DEF