ABC
   
  Góry... Wolność, Pasja, Realizacja ____________________________ Korona Europy www.mafadike.pl.tl
  Hocheck (D)
 
 

Hocheck - Watzmann

(2014)
                        
 
Online: www.panoramablick.com/bavaria_watzmann.htm

Pierwszą rocznicę istnienia projektu Mafadi postanowiliśmy spędzić w Alpach Berchtesgadeńskich. Nasze myśli wędrowały oczywiście ku najwyższemu szczytowi tego pasma po stronie niemieckiej, ale zważywszy na to, że na kilka dni przed wyjazdem spadł śnieg nie robiliśmy sobie większych nadziei na zdobycie samego wierzchołka.
 
Watzmann nie był też pomysłem całkowicie abstrakcyjnym, gdyż wejście na niego planowaliśmy na luty 2015, jednak dzięki m.in. dofinansowaniu wyprawy nasz wyjazd, choć całkowicie spontaniczny, mógł dojść do skutku już teraz.
 
O zmianie planów i wyznaczeniu kierunku w jakim się udamy zadecydowała jedynie pogoda, bowiem po ciężkich doświadczeniach i zmaganiach się od lipca z nieustannym padaniem deszczu (i to bez znaczenia w jakiej przestrzeni geograficznej byliśmy), chcieliśmy zwyczajnie trafić tam, gdzie chociaż przez jeden dzień nie będzie lać. Udało się!
 
Wyruszyliśmy w piątek ok. godz. 16 z Poznania i po 10h oraz pokonaniu 1100km, tuż przed godz. 4 byliśmy na miejscu. Tym razem, chociaż musieliśmy zjechać z autostrady na skutek bardzo poważnego wypadku, to na miejsce dojechaliśmy wyjątkowo szybko. Ogromne zmęczenie po blisko dobie na nogach a jednocześnie oczekiwanie na dotarcie przez kolejne 2 osoby na miejsce sprawiło, że zanim weszliśmy na szlak postanowiliśmy się przespać.
 
Zaledwie po nieco ponad 2h zaczęliśmy przepakowywać plecaki. Alpy przywitały nas mroźnym powietrzem i ostrym słońcem. Połączenie tych dwóch stanów – gorąca i zimna, było pierwszą przeszkodą do pokonania Dodatkowo założyliśmy na plecy ekwipunek do wędrówki przez 2 dni. To sprawiło, że przynajmniej z początku szliśmy wolno tym bardziej, że w Alpach nie ma łagodnych nachyleń tak, jak ma to miejsce w Tatrach i niemal cały czas dokonuje się bardzo ostrego podejścia.
 
Pozostało jeszcze zapłacić za parking i w górę!





Podejście pod górę jest długie, żmudne i męczące. Alpy są bardzo wymagające i dojście gdziekolwiek, aby rozpocząć właściwe wspinanie, zajmuje wiele godzin, co zresztą większość osób rozkłada przynajmniej na dwa dni.

Pierwszy etap trasy jest łatwy i nie występują na nim żadne techniczne utrudnienia czy przeszkody. Jest on dla każdego, kto po prostu ma czas i siłę iść w górę i w dół, w górę i w dół. Dla nas największym utrudnieniem było palące słonce +25 oraz potwornie ciężkie plecaki, które niestety musieliśmy wnieść na szczyt. 

To było powodem robienia krótkich, ale za to częstych przystanków na złapanie oddechu. 





Po ok. 3h niekończącego się podejścia pod górę i zejścia w dół, aby chwilę później znów podejść w górę, doszliśmy na wysokość ok. 1300m, gdzie po raz pierwszy w tym sezonie mogliśmy poczuć zimę.





Niebawem też wyłonił się przed nami Hocheck



Tutaj też kończyła się trasa uczęszczana przez większość turystów i dalszą drogę częściowo musieliśmy już odkopywać pośród leśnej głuszy, brodząc po kolana w śniegu.







Po przejściu granicy lasu, na wysokości ok. 1600m droga robiła się coraz trudniejsza i rzadziej uczęszczana przez turystów. Zalegający po kolana (a miejscami po pas) śnieg, zdecydowanie utrudniał dalsze podejście. Brak oznakowań szlaku dodatkowo wydłużał w czasie dotarcie do pierwszego celu - Watzmannhaus.  

Po mniej więcej godzinnym zmaganiu się z zaspami dotarliśmy pod pierwsze, niemal pionowe podejście. Ponieważ ferrata na tej wysokości (1800m) była całkowicie zasypana śniegiem, dalsza część drogi zaczynała przybierać już wspinaczkowy charakter. 

Pierwszy, naprawdę trudny odcinek pojawił się ok. 70m od Watzmanhaus, gdzie po zejściu lawiny musieliśmy przejść lawinisko, aby dojść do ferraty ubezpieczającej grań. Technicznie nie przysporzyło nam to problemów, ale zapadanie się na półtora metra w śniegu było naprawdę wyczerpujące. W Końcu na wysokości ok. 1890m pojawiły się wystające spod śniegu stalowe zabezpieczenia. 

Kolejny etap, dzięki odsłoniętej poręczówce był już banalny, toteż bardzo szybko znaleźliśmy się pod Watzmannhaus.



Skąd rozprzestrzenia się cudowny widok na Hocheck, Watzmann oraz pomniejsze szczyty austriackiej części Alp. 



A ponieważ o tej porze roku schronisko jest już zamknięte, to pozostaje albo odwrót, albo... nocowanie w śniegu Wszycy właśnie tutaj kończyli swoją przygodę z górami i po zachodzie słońca ok. godz. 13:30 rozpoczynali zejście. Zostaliśmy tylko my i kozice.



Kozice również zeszły w dół, a my 
po krótkim odpoczynku  wybraliśmy oczywiście drugi wariant, decydując się na dalsze podejście. Wchodziliśmy jako jedyni i jednocześnie byliśmy jednymi z niewielu (dowiedzieliśmy się o tym na szlaku w drodze powrotnej od naprawdę sporej ilości osób), którzy w ogóle podchodzą pod Hocheck zimą! 



ok. godz. 14 rozpoczęliśmy wejście. Czekała na nas przepotężna północna 
ściana Hochecka, pozostająca cały czas w cieniu. Słońce tutaj w pełni nie pojawia się nigdy, zaś na krawędziach góry jest ono przez ok. 4h w ciągu dnia. Również księżycowe noce na niewiele się zdadzą po tej stronie góry. Utknięcie tutaj na noc nie wróży niczego dobrego.



To oznaczało dla nas kilkugodzinne zmaganie się z lodem, ok. metrowym śniegiem, lodowatym wiatrem i cieniem. Temperatura bardzo szybko spadła do -10. Potem było coraz gorzej Potworne zimno, zmęczenie, wiatr i lód, to tylko niektóre atrakcje, jakie przygotował dla nas Hocheck. W tych warunkach, po wielu miesiącach znów mogliśmy poczuć się jak ryby w wodzie! Bezchmurne niebo zapowiadało do tego mroźną i spokojną noc. 

 

Ponieważ na większej części tej trasy wyznaczonego szlaku po prostu nie ma, to i nie mieliśmy problemu z wybieraniem drogi Dlatego odpoczynek przed podejściem nie był sielankowym piciem herbaty, ale wnikliwą analizą ściany, po której będziemy wchodzić. W tym miejscu, na tej górze i o tej porze roku nie ma miejsca na pomyłkę! 

Jeśli miałbym przyrównać Hocheck do jakiejkolwiek góry w Polsce, to byłby nią Kościelec. Wyobraźcie sobie zimowe wejście na Kościelec z tą różnicą, że nie ma tam wyznaczonego szlaku... a teraz wyobraźcie sobie, że ten Kościelec jest 5x potężniejszy i bardziej stromy o dobre 20-30 stopni, zaś pod wierzchołkiem idziecie już w nachyleniu 80%. Następnie zasypcie to wszystko 50-100cm warstwą śniegu, a najbliższe schronisko umieście w Poroninie - tym jest właśnie Hocheck zimą!      



Rozpoczęliśmy drogę w nieznane. Przed nami kilka godzin w sporym nachyleniu po lodzie i nawisach śnieżnych, za nami nieczynne schronisko, od zachodu potężny żleb, który pomieściłby niejeden tatrzański szczyt, od południowego wschodu PIONOWA ŚCIANA, jakby ją ktoś odciął brzytwą. Wszędzie zapadliska, urwiska i żleby. Jednym słowem: bajecznie!









Dopiero po 4h dotarliśmy pod miejsce, w którym najbardziej ekstremalne odcinki posiadają ferratę (czasem ma ona nawet 5m długości ). Stało się też to, czego najbardziej się obawialiśmy - zastała nas noc. 



Po ok. 4h spędzonych w 
przeraźliwym zimnie i cieniu temp. zaczęła spadać jeszcze bardziej. Powoli też zaczęły zamarzać palce u stóp oraz dłoni, co zdecydowanie utrudniało dalsze poruszanie się w jakimkolwiek kierunku. Przy okazji postanowiliśmy dożywotnio podziękować wszystkim producentom i dystrybutorom tzw. odzieży górskiej, jaka jest sprzedawana w Polsce! Zapadał zmrok, zaś my byliśmy w krytycznym punkcie - pomiędzy ścianą, wierzchołkiem a nieczynnym schroniskiem. 

Postanowiliśmy iść dalej. Na wysokości ok. 2500m, po przejściu ostatniego zabezpieczonego odcinka, pozostała nam już otwarta droga na szczyt. Przed nami nikt tędy nie szedł, a więc to nam przypadło w ciemności wyznaczanie drogi na szczyt. Od pełnego sukcesu dzieliło nas ok. 100m w pionie i godzina drogi. 



Zapanowała całkowita ciemność. Zejście rozpoczęlismy ok. godz. 19 i w ekspresowym tempie ok. 21 dotarliśmy w jedyne przyjazne w tej okolicy miejsce: winter room na wysokości 1925m.  

Schodzenie po ciemku, na drodze nieoznaczonej w Alpach zimą, jest prawdziwą sztuką. Zapewniam wszystkich, że jeden weekend w takich warunkach daje więcej, niż całoroczne spacerowanie po Tatrach  

Po pokonaniu ferrat, pionowych ścian, skalnych labiryntów, nawisów śnieżnych, kilku szczelin, połaci lodowych, dołów i żlebów oraz wykładu na temat zejścia i tworzenia się lawin pierwsza docierająca na miejsce biwaku osoba zadbała o... ogień!!! Był to nasz pierwszy ogrzewany schron, z kominkiem i widokiem na góry oraz tysiące gwiazd. Mimo ogromnego zmęczenia żal było przesypiać noc... pozostało nam więc zrobienie kolacji czyli... wafle ryżowe z pasztetem sojowym, do tego garść suszonych bananów i łyk wody. Było wykwintnie w porównaniu do ostatniego wyjazdu, gdzie na obiad i kolację przypadło nam po dwa ciastka



Kozice i kruki...




 
Ponowne podejście pod schronisko



Skąd już wypoczęci i uzbrojeni w dobre humory mogliśmy rozpocząć dalszą wędrówkę.



Pozostało nam zejście na parking oraz obiecanie sobie, że jeszcze tutaj wrócimy



Ponieważ mieliśmy jeszcze ok. 4h do dyspozycji, to postanowiliśmy zwiedzić Berchtesgaden oraz oddalony o ok. 15km Salzburg. Niestety jak zwykle na realizację ambitnych planów zabrakło nam po prostu czasu. Kolejny raz przekonaliśmy się, że Alpy to nie Tatry i tutaj nie da się po całej nocy w podróży wejść na jakiś szczyt i zejść, aby kolejną noc spędzić za kierownicą. Zrobiliśmy tyle, ile dało się zrobić w jeden weekend. 


Informacje techniczne:
Czas podróży: 20h 
Wejście: 10h
Zejście:  9h 
Koszt przy dofinansowaniu: 450zł / os. (dojazd w 2 str., parking, nocleg, jedzenie itd.)

Pogoda:
www.mountain-forecast.com/peaks/Watzmann/forecasts/2713
www.yr.no/place/Germany/Bavaria/Watzmann/
www.meteoblue.com/en/germany/weather-watzmann-gletscher
www.peakware.com/peaks.html

* * *

Zainteresował Cię nasz wyjazd? 
Chcesz zabrać się z nami na następny? 
Napisz:
 
http://mafadi.pl.tl/Kontakt.htm 



 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 2 odwiedzający (3 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
DEF