ABC
   
  Góry... Wolność, Pasja, Realizacja ____________________________ Korona Europy www.mafadike.pl.tl
  Hochkonig (A)
 

Hochkonig

(4 czerwiec 2015)



Podczas poprzedniego pobytu w tym rejonie Alpy Berchtesgadeńskie tak nam się spodobały, że koniecznie postanowiliśmy tutaj wrócić. I oto po kilku miesiącach jesteśmy Tym razem na celownik wzięliśmy najwyższy szczyt tego pasma – Hochkonig 2941, leżący po stronie austriackiej w okolicach Salzburga. Zdobyć go można dwoma drogami: dłuższą okrążającą cały masyw z Muhlthal bądź szybszą, ale za to bardzo trudną ferratą Konigsjodler – start z Dienten. Z uwagi na warunki zimowe, zalegającą ciągle grubą pokrywę śniegu i nieczynne schronisko Matrashaus zdecydowaliśmy się na trasę dłuższą wiodącą przez lodowiec, zostawiając tym samym ferratę na lepsze warunki.

Wystartowaliśmy o poranku po nocy spędzonej w podróży spod schroniska Arthurshaus, gdzie spokojnie można podjechać samochodem i zaparkować na wygodnym placu (płatne 2,50 euro za dobę, dla gości schroniska za darmo).





Jest to dogodny punkt startowy na liczne trasy w okolicy o różnym stopniu trudności – widać było mnóstwo rodzin z małymi dziećmi podążających dydaktyczną ścieżką świstaka w kierunku tyrolki. My wybraliśmy sobie poważniejszy szlak i zgodnie z drogowskazem ruszyliśmy w kierunku wierzchołka. Na tym odcinku trasa, poza ciągle rosnącym upałem, nie nastręczała żadnych trudności. 





Chwila na złapanie oddechu. Dla odmiany tym razem przerabialiśmy wchodzenie w naprawdę palącym słońcu. Termometr ok. godz. 10 rano pokazywał w cieniu 32 stopnie.  
  



Bez mrugnięcia okiem minęliśmy chatkę Schweitzerhutte, która była celem mniej zaawansowanych wędrowców.



Bardzo szybko pokonaliśmy ostatnie odcinki prostego podejścia, docierając do ściany upamiętniającej tych, którym nie udało się już wrócić. 



Wkrótce zaczął pojawiać się śnieg, a wraz z nim trudniejsze już podejścia wyciskające dech z piersi obciążonych plecakami. Szlak oznakowany czerwonymi kółkami był bardzo dobrze widoczny - do czasu  

















Po ok. 3h wyszliśmy na plateu skąd mieliśmy widok na imponującą skałę – Torsaule, która zgodnie z nazwą stanowi niejako bramę broniącą dostępu do doliny leżącej u podnóża ciągle niewidocznego Hochkoniga. Formacja ta o wysokości ok. 2500 m wyróżnia się 500-metrową pionową ścianą – wprost idealną do wspinaczki (przeciętny stopień trudności 8/9). Jest ona na stałe wyposażona w śruby i haki, dlatego też na trasie i na samej ścianie spotkaliśmy kilkanaście grup wspinaczy, którzy mierzyli się z kolumną. Skała jest przepięknie usytuowana, dlatego też z wielką przyjemnością zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę obserwując malutkie punkciki podążające w stronę szczytu.




Nasza droga wiodła jednak dalej. Przez pola śnieżne prowadziła doskonale widoczna wydeptana ścieżka przecinająca kotlinę z północy na południe, ponadto odpowiedni kierunek nadawały liczne tyczki ustawione przez pracowników schroniska, którzy na szczyt dostają się helikopterem, na dół zjeżdżają natomiast na nartach – jak wydedukowaliśmy po pozostawionych śladach.







Dalsza droga to mozolne wspinanie się śladem po śniegu dosyć ostro pod górę.







Po kolejnej ok. 1,5h jak na dłoni ukazało się schronisko oraz nasz dzisiejszy cel. Dalsza droga nie była jednak ani łatwa, ani krotka. Było to już mozolne przedzieranie się przez ogromne połacie śniegu, gdyż nikt nie był tutaj przed nami i czekało nas przecieranie szlaku. Nieco trudności sprawiły nam kruszące się piargi przebijające miejscami spod śniegu, ale wystarczyło je (dosłownie) przeskoczyć.







Pod kopułą szczytową czekał nas tylko ciąg łańcuchów, trzy drabinki i platforma.





Samo schronisko nie jest duże jednak przepięknie położone ze wspaniałym widokiem na pobliskie pasma górskie.



Szczyt został zdobyty!







Po wpisaniu się do księgi oraz narozkoszowaniu się pejzażami rozpoczęliśmy schodzenie.



Niestety od popołudniowego słońca śnieg zaczął gwałtownie topnieć, stał się mokry i ciężki. Dodatkowo mimo letniej pory w naszej dolinie szybko zaczął zapadać zmrok. Staraliśmy się schodzić ostrożnie, gdyż pod śniegiem zaczęły się pojawiać szczeliny grążące połamaniem nóg.





Wyraźna do tej pory ścieżka została także skutecznie stratowana przez schodzących wcześniej wspinaczy, którzy poprzecinali przestrzeń we wszystkich kierunkach wprowadzając nas nieco w błąd i myląc trop. Jako, że niespecjalnie nam się spieszyło postanowiliśmy wykorzystać niesione na plecach śpiwory i przespać się pod gołym niebem. Swoim czynem zakłóciliśmy spokój kozic, które w odwecie gromadnie wyległy na otaczające nas skały i całą noc tupały i zrzucały nam na złość kamienie, więc jesteśmy kwita.

O poranku, który powitał nas feerią barw na szczytach zeszliśmy już błyskawicznie do Arthurshaus, gdzie za opłatą 5 euro od osoby można skorzystać z tzw. strefy spa, w której mieliśmy niesamowitą przyjemność się wyprysznicować pod deszczownicą i biczami wodnymi oraz skorzystać z … małego basenu z jaccuzzi oraz prywatnego ogródeczka z leżakami.

Mieliśmy także okazję obserwować załadunek helikoptera. W podwieszanych siatkach zimne napoje oraz lokalne wiktuały pokonywały w ok. 10 minut trasę, z którą myśmy męczyli się dnia poprzedniego wraz zejściem ok. 10 godzin



Z prawdziwą niechęcią opuszczaliśmy ten przybytek, ale w planach mieliśmy po dniu przerwy jeszcze jeden szczyt – Hochekalter.

Hochkonig, mimo zimowych warunków, okazał się szczytem łatwym technicznie (nie skorzystaliśmy nawet z raków) a jedyne co nam groziło, to poparzenia słoneczne. Niemniej należy wziąć pod uwagę długość trasy – ok. 20 km w tym ponad półtora kilometra przewyższenia. Jest to trasa naprawdę wyczerpująca i kalkulując ją na 1 dzień trzeba posiadać naprawdę bardzo dobrą kondycję i orientację w terenie. Mimo długiego o tej porze roku dnia ledwo zmieściliśmy się w czasie. Ponadto należy pamiętać o ogromnych szczelinach lodowych (zapadaliśmy się wielokrotnie) oraz szczelinach skalnych, które po zmroku stają się niemal gwarancją połamania nóg. 

Po odświeżeniu zjechaliśmy z gór i z racji nieopisanego upału zrobiliśmy sobie przerwę na śniadanie, obiad i odespanie nocy spędzonej na kamieniach.



Mimo zdobycia Hochkonig, szczyt ten pozostaje nadal na naszej małej liście celów, ale już od innej strony – jedną z najtrudniejszych i najdłuższych ferrat tego regionu. Mamy nadzieję, że wkrótce będziemy mogli się podzielić relacją także z tej wyprawy. 




                                   ***************************************
Zainteresował Cię nasz wyjazd? 
Napisz:   
http://mafadi.pl.tl/Kontakt.htm 


 
 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (73 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
DEF