ABC
   
  Góry... Wolność, Pasja, Realizacja ____________________________ Korona Europy www.mafadike.pl.tl
  Moldoveanu
 



ALPY TRANSYLWAŃSKIE - GÓRY FOGARASKIE


czyli na dachu Rumunii
 

(22-29 sierpnia)
 
Opisanie naszej wyprawy w Góry Fogaraskie sprawiło mi sporo kłopotu z uwagi na ilość przeżyć, wspomnień, wrażeń, spostrzeżeń i uwag, których spokojnie wystarczyłoby na małą broszurkę. Zdając sobie jednak sprawę z ograniczonej cierpliwości czytelników postaram streścić się i wybrać creme dela creme naszego wyjazdu. Zacząć trzeba od dojazdu. Zdecydowaliśmy się na wersje ekonomiczną, czyli unikając dróg płatnych i kupując jedynie winietę w Rumunii (5 euro na 7 dni). Startowaliśmy z Poznania w piątek o godz. 22 zabierając w środku nocy naszego kompana z Gliwic. Nie licząc przystanków na tankowanie oraz zabranie naszych sympatyków z Krakowa w Orawskim Podzamku, pierwszy postój zrobiliśmy ok. godz. 10 na Węgrzech. Po ok. 2h przerwie ruszyliśmy przed siebie docierając na granicę węgiersko-rumuńską, gdzie dotarliśmy na godz. 15. Tym, co nas prawdziwie zaskoczyło była kontrola paszportowa i kolejki, jak za dawnych czasów. Poza tym nie ma większej różnicy pomiędzy Polską i Rumunią no, może poza jakością i przeznaczeniem dróg. 
 
Podróż przez Rumunię zajęła nam więcej czasu niż przewidywaliśmy, ze względu na ogromne prace drogowe, które rozciągają się na odcinku 190 km od przejścia granicznego w Oradei. Niestety nie ma innej drogi, więc cierpliwie trzeba poruszać się ze średnią prędkością 30km/h. Poza tym styl jazdy był rekreacyjny a atmosfera w aucie piknikowa (po złożeniu okruszków wytrzepanych z dywaników po wyjeździe wyszłyby ze dwa opakowania wafelków w różnych smakach ). Na szczęście klimatyzacja i muzyka wynagradzały nam trudy podróży. Sama trasa jest urokliwa, gdyż wiedzie przez pasmo górskie. To, co wyróżniało Rumunię było poruszanie się głównie na czerwonym świetle. Z początku nas to dziwiło, ale z czasem nauczyliśmy się jeździć jak miejscowi.

Na miejsce dotarliśmy o godz. 2 w nocy przedzierając się cudowną serpentyną (trans Fagarasian) wśród szalejącej burzy i deszczu. Wjazd na górę od strony Cartisowary to ok. 35km. Zaznaczyć należy, że na końcowym odcinku 14km po godz. 21, aż do rana jest zakaz ruchu. Warto jednak ryzykować, gdyż nikt tego nie kontroluje, zaś zatrzymanie się w środku drogi nie ma większego sensu. Resztę nocy spędziliśmy na darmowym niestrzeżony parking nad Luc Balea 2044m n.p.m., śpiąc w samochodzie i czekając na pogodny ranek.

Dzień pierwszy:
Niedzielę pełni entuzjazmu rozpoczęliśmy od przebrania się i przepakowania plecaków na dwa dni wędrówki.



W ambitnych planach mieliśmy zdobycie Negoi i Serboty z opcją noclegu na górze. Niestety nasze zapędy zweryfikowały same góry, których nie potraktowaliśmy poważnie. Winni temu jesteśmy my sami i nasza beztroska. Przede wszystkim oczarowani rozpościerającymi się widokami, trochę oszołomieni po podróży popełniliśmy dwa kardynalne błędy. Po pierwsze mimo zbliżających się godzin południowych rozeszliśmy się po okolicy zamiast zwartą grupą podążyć szlakiem. Część rozpoczęła buszowanie po arcyciekawych straganach z lokalnymi specjalnościami, część rozstawiła kuchenki turystyczne i zaczęła podgrzewać jedzenie, a jeszcze inni razem ze stadem baranów i ich pasterzem od razu rozpoczęła trawers zbocza (oczywiście nie po szlaku), pozotawiając resztę na dole. 



Zanim wszyscy się odnaleźliśmy w jednym miejscu zmitrężyliśmy sporo czasu. Natomiast nasz drugi szkolny błąd polegał na niedostosowaniu się do warunków pogodowych. Widzieliśmy zbierające się chmury przysłaniające powoli horyzont, czuliśmy wilgoć w powietrzu. Przebraliśmy się wprawdzie w nieprzemakalne ubranka, ale nie byliśmy psychicznie gotowi na to co miało nastąpić już wkrótce.

Od samego początku problemem okazało się oznakowanie szlaków znacznie różniące się od tego co znamy z polskich ścieżek i co mieliśmy na mapie, a tak naprawdę to w dużej mierze ich brak lub całkowita niezgodność. Ogólnie szlaki widoczne na mapach (mapy kupione na miejscu są identyczne - poza językiem i ceną - z tymi dostępnymi w Polsce) do wysokości przełęczy zgadzają się ze ścieżką, jednak ich kolory są zupełnie inne. Trzeba być przygotowanym na to, że zamiast żółtymi trójkątami wchodzimy niebieskimi paskami, a zamiast niebieskimi paskami - czerwonymi krzyżami. W końcu pojawiają się zielone oznakowania, które nie widnieją ani na mapie, ani na drogowskazach. Najlepiej po prostu polegać na swojej orientacji w terenie a mapą jedynie się posiłkować. Obok oznakowań innych od tych na mapie i tych, których na mapach nie ma, pojawiają się nowe znaki. Ewidentnie świeże, prawdopodobne tegoroczne, dzięki czemu doskonale widoczne. Najczęściej są one tam, gdzie i niewidomy by doszedł, zaś brakuje ich w naprawdę kluczowych i krytycznych miejscach. Gdzieniegdzie tylko spotkać można stare wytarte znaczki zgodne z tym co mieliśmy na mapie. Utrudnieniem jest także minimalna ilość drogowskazów, z których również niewiele wynika. Na skrzyżowaniach szlaków trzeba uważnie szukać wybranego koloru. O czasówkach nie wspomnę. Jeśli w ogóle na jakieś się natknęliśmy to kierowały one z przełęczy do schroniska i powalały swoją precyzją - niedbale oznaczony kierunek dalszego marszu z informacją: Luc Balea 2-3h. Na szczyty nie prowadzą żadne oznakowania, które pokazywałyby kierunek lub czas marszu. To pierwszy powód, dla którego możemy uznać chodzenie po fogaraszach za trudne. Kolejnym są ogromne odległości, które trudno sobie wyobrazić będąc jedynie rodzimym górołazem. np. ze szczytu do schroniska 15h dobrym tempem bez obciążenia.

N
aszą przygodę rozpoczęliśmy od dosyć mozolnego podejścia w gęstej mgle własnym szlakiem na przełęcz Paltinu, następnie szlakiem niebieskim podążyliśmy na wschód do skrzyżowania się szlaków niebieskiego z czerwonym (pod szczytem Paltinului), skąd czerwonym szlakiem podążyliśmy na zachód mijając Laite. Wędrówka okazała się łatwa. Pod stopami mieliśmy kamienie i trawę.
 
 

 
Po ok 1,5h natknęliśmy się na pierwsze łańcuchy i liny zabezpieczające bardziej strome odcinki. Na zmianę lekko podchodząc i schodząc z coraz większym niepokojem patrzyliśmy w niebo, gdyż chmury przesłoniły nam dosłownie wszystko, zaś widoczność wynosiła miejscami 3m. Po ok. 4h wędrówki, gdy od Negoi i słynnej Strungi Dracului dzieliło nas około 2h podejścia zaczął padać deszcz. Padało i wiało dosyć intensywnie, zaczęło zacinać, a my zaczęliśmy przemakać. Po spodniach woda lała się do butów, po kapturach za kołnierze, po rękawach pod kurtki. Lodowata woda. W ciągu ok. pół godziny przemarzliśmy na tyle, że w obawie o skutki i ogólnie bezpieczeństwo zaczęliśmy odwrót. W tym, że była to słuszna decyzja przekonał nas grad siekący i tak zgrabiałe dłonie oraz podmuchy halnego, który dosłownie zapierał dech w piersiach. Łatwe do tej pory ścieżki zmieniły się w rwące potoki, szlak w śliską błotną ślizgawkę, kępy trawy usuwały się spod nóg. Krążąca burza pomogła przyspieszyć nam tempo, które dodatkowo wydatnie wzrosło po dostrzeżeniu we mgle niedźwiedzia. Najniebezpieczniejszy okazał sie ostatni odcinek trasy, gdy spadła koncentracja, zaś pragnienie znalezienia się w ciepłym samochodzie przesłoniło ostrożność. Jeden zły ruch i po poślizgnięciu się na trawie uczestnik wyprawy pod ciężkim, przemoczonym plecakiem stracił równowagę i przeleciał kilka metrów uderzając barkiem w głaz, co zostawiło mu pamiątkę na ładnych kilkanaście dni.

Po dotarciu ok 19. do auta, przebraniu się w pozostawione tam suche rzeczy (w plecakach mimo pokrowców suchy pozostał tylko zestaw na czarną godzinę szczelnie owinięty foliowymi workami) około godziny dochodziliśmy do siebie. Część grupy bez przebierania się udała się od razu do schroniska. Nad Luc Balea dostępne jest schronisko i hotel, obydwa w podobnym standardzie i cenach, oferujące pokoje i restauracje. Wszystko czynne do godz. 22. Mimo dosyć wygórowanych cen (ok 100 zl za osobę w dwójce) późna pora, wychłodzenie i konieczność wysuszenia przede wszystkim butów i śpiworów zmusiła nas do pozostania w tym miejscu.

Podsumowując ten dzień musimy uznać wyższość gór, które pokazały nam, gdzie jest nasze miejsce. Pozornie łatwy szlak pod wpływem warunków atmosferycznych zamienił się w drogę przez mękę, którą chcieliśmy jak najszybciej zakończyć.

Dzień drugi
Po ciężkich przeżyciach dnia poprzedniego postanowiliśmy się przede wszystkim porządnie wyspać i najeść. Niestety ciężkie chmury zapowiadały pogodową powtórkę z rozrywki, a my nawet nie zdążyliśmy porządnie wyschnąć. W obliczu wizji ponownego totalnego przemoknięcia zdecydowaliśmy się zjechać na dół, zebrać siły i przy okazji zwiedzić miejscowość Sybiu. 
 
Dzień trzeci
Poranek dnia trzeciego wskazywał, iż pogoda zmienia się na lepszą, choć wierzchołki ciągle tonęły w ciężkich chmurach. Po serii rozterek i przemyśleń zdecydowaliśmy się podzielić na dwa zespoły. Pierwszy miał w planach zdobycie kilku mniejszych szczytów w okolicy. Drugi ruszył do oddalonej o ok. 280 km stolicy. 

Dzień czwarty i piąty

Rankiem po powrocie z Bukaresztu obudziliśmy się z silnym postanowieniem: Dziś ruszamy na Moldoveanu. Pogoda wprawdzie nadal pozostawiała trochę do życzenia, jednak nie chcieliśmy rozpoczynać tej forsownej wyprawy ostatniego dnia pobytu, gdyż świadomi możliwych warunków liczyliśmy się z tym, że zaplanowane wejście i zejście całą granią zajmie nam dwa dni.



Przygotowaliśmy się zatem na najgorsze, czyli na ciepłe polary założyliśmy od razu nieprzemakalne kurtki i spodnie, plecaki od środka i od zewnątrz szczelnie zostały owinięte pokrowcami, przed zamoknięciem zabezpieczyliśmy śpiwory i karimaty. Nie braliśmy palników, a tylko suche wysokokaloryczne jedzenie. Tak wyekwipowani wyruszyliśmy ponownie spod Luc Balea.



Z początku towarzyszyła nam nie najgorsza pogoda. Pierwszą trudnością okazało się jednak oznakowanie szlaków. Zamiast podchodzić najkrótszym żółtym, zrobiliśmy małą pętelkę szlakiem czerwonym, gdyż oznakowanie zostało zmienione.



Próżno szukać zgodnych z mapą żółtych trójkącików, zastąpiły je niebieskie pasy. Na szczęście szybko się zorientowaliśmy i odtąd zamiast kurczowo trzymać się mapy kierowaliśmy się żelazną logiką.

 

Po ok. 2h mozolnego podejścia udało nam się dostać na przełęcz, gdzie poprowadził nas już do końca główny szlak czerwony. Po ok. godzinie na swojej drodze ujrzeliśmy skupisko kilkunastu namiotów nad jeziorkiem nieopodal niezidentyfikowanego obelisku. Trzeba przyznać, że ciężej o bardziej urokliwie zlokalizowaną bazę namiotową, bo widoki przy ładnej pogodzie muszą być stamtąd oszałamiające.



Po kolejnej godzinie marszu natknęliśmy się na ostre podejście pod górę, które w okresach opadu deszczu musi zamieniać się w jeden błotny potok. Woda wypłukała szlak na kształt rynny głębokiej na kilkadziesiąt centymetrów, której brzegi stanowią odpadające grudy ziemi i trawy. Takich niebezpiecznych miejsc spotkaliśmy na trasie kilka. Przy ładnej pogodzie nie stanowią one większego problemu, jednak przy ulewie wymagają dużej dozy ostrożności.

Następne dwie godziny marszu to nabieranie wysokości, trawersowanie zboczy i dosyć ostre wychodzenie na grań główną. Zaczęła się niestety psuć pogoda i wkrótce wędrowaliśmy w chmurze. Zasłaniała ona wprawdzie widoki, ale nie padał deszcz.



Koło południa natknęliśmy się na pierwszy z serii trzech odcinków zabezpieczonych łańcuchami i linami. Nie były one szczególnie wymagające i wszyscy sobie z nimi błyskawicznie poradzili. Minęliśmy także pomnik osób które w górach zginęły, a także kilka pojedynczych imiennych krzyży. Co niezwykle zastanawiające, większość nosiła daty z lipca. Pokazuje to jak Fogarasze mogą być niebezpieczne przy złej pogodzie.

 





Spotkana na szlaku para zapytana, ile nam do Moldoveanu zostało, odpowiedziała, że ok. godziny, co zupełnie nie zgadzało się z naszymi obliczeniami. Okazało się, że ludzie, którzy z taką pewnością udzielali nam informacji, w rzeczywistości nie mają zielonego pojęcia, o czym mówią. Przez kolejne trzy godziny marszu szczytu ani widu, ani słychu. Zaczął padać deszcz, który jeszcze ograniczył widoczność i sprawił, że podłoże stało się bardzo śliskie. Zaczęło dawać o sobie znać zmęczenie, złe oznakowanie szlaków, silne podmuchy wiatru. Straciliśmy siły i czas na podejście na jakiś pośredni szczyt, przy zejściu jedna osoba w sposób niekontrolowany się osunęła. Z powodu mgły nie mogliśmy zorientować się po szczytach, gdzie do końca jesteśmy i ile czasu jeszcze potrzebujemy.





Dopiero dotarcie do zdewastowanego schronu nad oczkiem wodnym pozwoliło określić nam swoją pozycje na mapie. Ponieważ do szczytu pozostało nam jeszcze ok 4h marszu, postanowiliśmy nocować we własnoręcznie wybudowanym przytulisku z resztek po schronie. W ciągu godziny powstało możliwie wygodne i bezpieczne schronienie, które pozwoliło nam mimo nocnej wichury i ulewy przetrwać noc, podsuszyć odzież, ogrzać się w śpiworach i przyłożyć na kilka godzin głowę do ramienia sąsiada Para Niemców, którzy obozowali nieopodal w namiocie z niedowierzaniem patrzyła na poczynania chłopaków i nie mogli  wyjść z podziwu nad powstałą półprofesjnalną konstrukcją. Podsumowali nas słowami "Guys are you serious??", które stało się mottem całej eskapady.



Następny dzień przywitał nas przebłyskami ładnej pogody (ale tylko na chwile), które skwapliwie postanowiliśmy wykorzystać i o 7 byliśmy już na szlaku i pełni energii nawet nie zastanawialiśmy się nad schodzeniem do jedynego na trasie schroniska pod Podragou. Nasz cel mieliśmy już chwilami w zasięgu wzroku, ale czekały nas jeszcze 4h mozolnego marszu z dość ostrym podejściem.





Demotywujący był fakt, że podchodziliśmy pod kolejne szczyciki przekonani, że za zakrętem czeka na nas Moldoveanu, ale okazywało się, że czeka nas jeszcze jedno podejście, i kolejne, i znowu... W końcu na Vista Mare pojawiła się jedyna tabliczka kierująca na Moldoveanu z jedyną czasówką na całej trasie - 15 min. Jeszcze kilka skałek, łańcuchów i ... udało się! 
 




W komplecie przygięci do ziemi od podmuchów wiatru koło godz. 10 stanęliśmy na szczycie. Chmury co rusz przesłaniały wspaniały widok, wiał lodowaty wiatr autentycznie utrudniający chodzenie. Nasunęła nam się refleksja, że nie chcielibyśmy znaleźć się tutaj po zmroku, gdyż potknięcie w połączeniu z zachwianiem od podmuchu na wąskim wierzchołku mogłoby się nieciekawie skończyć.



Po nacieszeniu się zdobyciem dachu Rumunii rozpoczellismy schodzenie. Mocniejsza czesc ekipy postanowiła zejść do schroniska i dognić resztę na szlaku. Wracaliśmy znaną trasą, pogoda była ładna, zaś ostatni już odcinek pokonywany był przy czołówkach, by o 22 gremialnie uczcić solidnie wykonany plan.
 
Potworne zmęczenie dało szybko o sobie znać, sił starczyło tylko na zjazd niżej do tańszego pensjonatu i oddanie się pod opiekę Morfeusza.







Dzień szósty
Ostatni dzień w Rumunii rozpoczął się leniwie koło południa. Po długim wyspaniu się w hotelowym łóżku i czystej pościeli oraz solidnym śniadaniu, mając w planach jeszcze dłuższy postój na Węgrzech rozpoczęliśmy odwrót. Jeszcze szybkie zakupy przeróżnych pamiątek i długa droga najpierw autostradą, następnie remontowaną drogą na Oradee. Pod wieczór zatrzymaliśmy się na nocny biwak i ognisko, gdzie głównym daniem były wegetariańskie i tradycyjne hotdogi z ostrymi papryczkami, które na nowo przywróciły nam zmysł węchu.





W tych warunkach chcieliśmy odpocząć przed jutrzejszym zdobywaniem dachu Węgier. Jednak włóczące się psy i odgłosy wilków, a także inne zwierzęta trochę napędziły nam stracha i po zakończonej konsumpcji postanowiliśmy się przenieść w bardziej cywilizowany rejon, spędzając noc  przy zajeździe. Rankiem udaliśmy się w stronę Kekes.
(red. KU)
Dalszą część wyjazdu przeczytasz w zakładce Kekes

****************************************************

Zainteresował Cię nasz wyjazd?
Chcesz zabrać się z nami na następny?
Napisz:
 
http://mafadi.pl.tl/Kontakt.htm 
 

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (3 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
DEF