ABC
   
  Góry... Wolność, Pasja, Realizacja ____________________________ Korona Europy www.mafadike.pl.tl
  Zugspitze 2014 (D)
 
ALPY BAWARSKIE - ZUGSPITZE

czyli na dachu Niemiec
 

(20-23 wrzesień) 


Oglądaj nas także na youtube:
 www.youtube.com/watch 
Przeczytaj też TUTAJ relację z 2015 roku  

Alpy otworzyły przed nami całkowicie nowy etap wędrówek górskich i sprawiły, że rozpoczęliśmy zupełnie inną (obcą dla rodzimego górołaza) klasę chodzenia po górach i obcowania z nimi. Zmusiły nas do tego, aby zrewidować swoją wiedzę o górach i wielu rzeczy nauczyć się od nowa. Wszystko bowiem to, co nazywamy profesjonalnym chodzeniem po Tatrach w Alpach staje się zaledwie podstawą do poruszania w prostym terenie. Alpy okazały się dla nas sprawdzianem nie tylko swojej kondycji, ale i wiedzy o produktach nazywanych w Polsce ''górskimi''. Nauczyły też lepszego planowania wyjścia, orientacji w terenie i radzenia sobie w naprawdę trudnych warunkach. Pozwoliły na długo oczekiwane chodzenie po lodowcu i wchodzenie w ścianę, ale przede wszystkim udowodniły nam, że stanowimy drużynę osób, które mogą na siebie liczyć i stanowić wzajemne wsparcie tam, gdzie są już tylko góry i my. 

Wieczór pierwszy: 
Dojazd z Poznania do Garmisch-Partenkirchen (GaPa) niemieckimi autostradami możemy opisać w trzech słowach: szybko, wygodnie, bezproblemowo. Była to zupełnie inna podróż niż w przypadku Rumunii, ale poza jakością dróg drugą kwestią jest to, że większości z nas Niemcy są nie mniej znane i zjechane niż Polska. Po wieeeelkich zakupach we Frankfurccie na miejsce dotarliśmy ok. godz. 6, ale po ponad dobie na nogach musieliśmy odespać noc i przygotować się do wyjścia. Doskonałą bazą wypadową jest parking w Hammersbach (płatny 4 euro za dobę). Wcześniej na stacji benzynowej za 9,80 euro nabyliśmy też właściwą mapę.

DZIEŃ 1
Po dotarciu na miejscu posililiśmy się na parkingu, szybko przebraliśmy i pełni entuzjazmu ok. 10 ruszyliśmy na szlak.



W towarzystwie pięknego słońca kierując się na Hohlentalklemme rozpoczęliśmy wędrówkę ścieżką edukacyjną z atrakcjami dla najmłodszych. Droga biegła lasami i stopniowo zdobywaliśmy wysokość.





Mimo leniwego tempa po ok. 1,5h dotarliśmy nad malowniczy, dosyć głęboki wąwóz, na dole którego widać było wędrujących turystów. Coś nam zaczynało nie pasować.. Przecież my też mieliśmy iść tym kanionem, a nie górą zboczami. No trudno.. Nie zniechęceni ruszyliśmy dalej. 





(W dole znajduje się rzeka, zaś te małe kropki po lewej to ludzie)



Jak się później okazało, wybraliśmy wariant najdłuższy z możliwych po niemieckiej stronie - z ominięciem Piekielnej Doliny. 

Po drodze mijały nas grupki uśmiechniętych wędrowców w najróżniejszym wieku - od rodzin z malutkimi szkrabami, kółka gospodyń domowych, klubu seniora, po profesjonalistów obwieszonych sprzętem. Dla Niemców i Austriaków ważne jest pozdrawianie się na szlaku - szybko podłapaliśmy najpopularniejsze na miejscu "servus", które razem z hi/hello/grussgott/morgen/tag prawdopodobnie w ciągu tych kilku dni padło z naszych ust kilkaset razy.

Po kolejnych ok. 4h marszu dotarliśmy do kolejnej doliny, która obecnie jest wielkim placem budowy.





W tym miejscu powstaje nowoczesne, ekologiczne schronisko Hollentalangerhutte. Szlak jest w tygodniu na kilka godzin (ze względu na prace budowlane) zamykany, o czym turyści są informowani odpowiednimi tablicami już na dole. W weekend jednak nie było z przejściem problemu. Widok dźwigów, ciężkiego sprzętu i robotniczych kontenerów w takim miejscu powoduje mały dysonans poznawczy. Niemcy postanowili w sercu przepięknej górskiej doliny nie tylko postawić nowy budynek, ale również wyrównać teren, nawieźć nowych kamieni oraz posadzić drzewka. Chyba po to, żeby było bardziej alpejsko niż chciała natura  

Na miejscu krzyżuje się kilka szlaków i z powodu budowy część oznakowania została usunięta, musieliśmy się posiłkować mapą i intuicją. Na szczęście nie było to trudne, bo widoczny był już w oddali lodowiec i imponująca ściana, którą biegnie słynna via ferrata. Ten odcinek trasy otwiera już podejście na ferratę, ale i kończy łatwą część szlaku i tak naprawdę dopiero na tym etapie - po ok. 6h podejścia, można mówić cokolwiek o pogodzie.



Co nas niestety niepokoiło, to coraz ciemniejsze chmury, które zaczynały przesłaniać szczyty. Niezrażeni możliwym pogorszeniem pogody kolejne 40 minut podchodziliśmy pod początek żelaznej drogi. I nagle....

Dosłownie grom z jasnego nieba. Tym razem na szczęście to nie kara boska postanowiła nas dosięgnąć w tym malowniczym miejscu, ale iście wiosenna burza z piorunami i gradem. Dosłownie w ciągu kilkunastu sekund zostaliśmy dosłownie zalani ścianą wody, po której nastąpiło zasypanie nas ścianą gradu. Czegoś takiego jeszcze nie widzieliśmy i nie doświadczyliśmy. Najpierw palące słońce, a chwilę później ujemna temperatura i ściana lodu. O schronieniu się czy przebraniu nie było w ogóle mowy. Przemokliśmy dosłownie od stóp do głów.

Po krótkiej naradzie niepocieszeni postanowiliśmy zawrócić. Czekała nas jeszcze długa, wielogodzinna droga na szczyt i najtrudniejszy odcinek, który pokonać musielibyśmy przemoknięci w temp. ok -1 st.

W drodze powrotnej zdecydowaliśmy się iść kanionem - Hollentalklamm - i to była bardzo dobra decyzja. Jest to niezwykle urokliwy wąwóz wyżłobiony przez rzekę, gdzie można podziwiać progi skalne, wodospady i wodospadziki oraz najróżniejsze formy cieknącej wody.





 

Obłędnie musi wyglądać to miejsce zamarznięte zimą. Przejście jest otwarte całą dobę w okresie dodatnich temperatur. Opłata 4 euro (1 eur dla członków AV) była zdecydowanie najlepszą inwestycją tego dnia.

Będąc w cywilizowanym kraju przed snem skorzystaliśmy jeszcze z prysznica, pralki, suszarki oraz palnika, po czym rozwinęliśmy karimaty na opustoszałym parkingu i pobrzękiwanie alpejskich krów ukołysało nas do snu.

Zdecydowanym hitem tego dnia było suszenie stalowych karabinków od lonży w suszarce w srodku nocy, taki anonimowy akcent naszej obecności na campingu

DZIEŃ 2

Następnego dnia na lekko postanowiliśmy ponownie zmierzyć się z najwyższym szczytem Niemiec. Tym razem wchodziliśmy przez Hollentalklamm.







Przed via ferratą zrobiliśmy dłuższą przerwę na posiłek i się zaczęło.







Droga jest doskonale przygotowana i zabezpieczona. Miejscami szlak jest naprawdę eksponowany, ale przejście żelaznymi prętami po pionowych ścianach nad przepaściami to najbardziej pozytywna adrenalina świata.













Trasa jest naprawdę bardzo przyjemna, z jednej strony przepaści zapierają dech w piersiach, z drugiej stalowa linka, do której można się przypiąć, daje poczucie bezpieczeństwa. Po drodze były również drabinki. Przejście ferraty zajęło nam z fotografowaniem maksymalnie godzinę czasu. Ale kiedy skończyły się drabinki - zaczęły się schody. Na kamieniach nie była widoczna wydeptana ścieżka, a czerwone oznakowanie szlaku było dosyć sfatygowane i miejscami niewidoczne. Podobnie jak wczoraj ok 13. zaczęła się również pogarszać pogoda, więc nauczeni doświadczeniem byliśmy już ubrani w nieprzemakalne ciuchy.



Dalsza część szlaku biegnie kamiennymi żlebami. Podchodzenie nie stanowi problemu, ale schodzenie, szczególnie przy mokrych lub oblodzonych skałach, nie należy do najprzyjemniejszych. Wkrótce skały ustąpiły piargom i osuwiskom, gdzie oznakowanie szlaku było naprawdę sporadyczne. Tutaj zaczyna się już alpinizm czyli samodzielne rozpoznawanie drogi. Niespodzianką tego dnia okazał się nie tylko brak szlaku, ale w ogóle brak drogi, gdyż lawina kamieni zabrała jedyną ścieżkę i musieliśmy torować drogę samodzielnie.

Po kolejnych dwóch godzinach dotarliśmy do lodowca. Pod koniec lata płyną pod nim strumienie wody, jest popękany i pełen szczelin. Mimo stosunkowo wczesnej godziny - 16.00 - zaczęło się robić dosyć ciemno. Zbierająca się mgła i załamanie pogody stanowiło nie lada wyzwanie, aby pokonać dalszy odcinek nawet, w przypadku wycofania się.





Z mapy (BŁĘDNIE) wynikało, że powinniśmy przeciąć lodowiec i dostać się do ściany, aby znaleźć drabinkę prowadzącą na wyższy taras. Jednak doświadczenie podpowiadało, żeby iść jego skrajem pod skalną ścianę i wejścia szukać po tej samej stronie. Niezdecydowani chodziliśmy (raki nie okazały się konieczne) w tą i z powrotem. Dreszczyku emocji nadał potworny huk odpadającej ze szczytu skały. Przeżycia niezapomniane. Lecące coś, co słychać wszędzie a czego zlokalizować nie sposób. I znowu..
 

Uderzył w nas podmuch wiatru, zaczęły się zbierać ciężkie chmury i padać delikatny śnieżek. Nauczeni wczorajszym doświadczeniem nie czekaliśmy na ulewę tylko rozpoczęliśmy rejteradę na z góry upatrzone pozycje - po drodze mijaliśmy półkę skalną, która idealnie nadawała się na zbudowanie pod nią schronu i przeczekanie nocy. 
 
Około godziny zajęło nam dokończenie dzieła - postawienie grubej ściany z dużych głazów i uszczelnienie luk małymi kamyczkami. Zwieńczeniem naszego trudu była konstrukcja z kijów i plecaków zastępująca dach. Faktycznie w ciągu kilku minut po ulokowaniu się w schronie rozpoczęła się konkretna ulewa i bardzo silny wiatr. W naszym względnie suchym i ciepłym schronieniu zjedliśmy trochę suchego prowiantu i pośmialiśmy się z ciążącego nad nami fatum. Jednak deszcz i wiatr, który wcale nie zamierzał ustąpić, wkrótce starły nam uśmiechy z twarzy. Ok. godz. 21 jednogłośnie ustaliliśmy, że po ciemku (zakładając wymarsz ok. godz. 3) w taką pogodę na lodowiec nie będziemy się pakować i ruszymy dopiero o świcie. Nie pozostało nam zatem nic innego jak ułożenie się do snu. Nie było to może ani proste, ani wygodne, ale Ci którym udało się nie przemoknąć, przetrwali ten mały survival względnie komfortowo. 

DZIEŃ 3

Poranek kolejnego dnia niestety również nie przywitał nas piękną pogodą. Szczyty przysypane były śniegiem, w dolinach kłębiła się nieprzenikniona mgła, a my byliśmy skostniali po nocy na gołej skale.





Nie wiedząc, co czeka nas wyżej, bez śpiworów, jedzenia i ciepłego picia postanowiliśmy zejść na dół doskonale nam już znaną drogą. Popołudnie poświęciliśmy na znalezienie w miarę taniego hostelu (26 euro za os/noc). Wydarzeniem najbardziej godnym uwagi tego dnia był gorący prysznic oraz ciepły posiłek, który po spartańskich warunkach poprzedniej nocy był prawdziwym nektarem dla naszych utrudzonych ciał. Ok. 21 z mocnym postanowieniem "zmasakrowania Zuga" dnia kolejnego wszyscy posnęli.

Ten dzień nauczył nas kilku rzeczy:
1. To co na górze, zostaje na górze, zaś tym co na dole, pozwalamy poznać jakąś część naszej przygody.
2. W górach nic nie jest pewne. Nie jest pewnym ani to, że się danego dnia dojdzie na szczyt, ani to, że się z niego wróci.
3. W górach powyżej 2400m n.p.m. nie da się przewidzieć pogody, jest to ruletka, zaś wszelkie prognozy traktować można jako miejscowy folklor, a nie wyznacznik czegokolwiek.
4. Pogoda determinuje wszystko. Nie ma trudnych szlaków, są trudne warunki. Trudne wejście może być banalne przy pięknej pogodzie i odwrotnie - łatwy szlak przy złej pogodzie może stać się walką o życie.

DZIEŃ 4

Tego dnia nic nie stanęło nam na przeszkodzie, aby w promieniach cudownego słońca stanąć na tarasie widokowym MunchenerHutte - schroniska pod samym szczytem, do którego dojeżdża kolejka zębata i gondolowa (51 euro za przejazd w dwie strony). Jest to olbrzymi obiekt rozrywkowy z tarasami, leżakami, barami, kawiarniami, restauracjami, jodłowaniem na żywo, straganami z pocztówkami, lunetami na pieniążek i kiełbasą z grilla. Z mojego punktu widzenia - targowisko próżności w górskiej świątyni samotności, ale o gustach się nie dyskutuje.

Popychani przez dziesiątki japońskich turystów z psami w różowych okularach do nurkowania i zakwefione Arabki na szpilkach dotarliśmy pod bramkę prowadzącą na sam wierzchołek Zugspitze ze słynnym złotym krzyżem. 







I tu spotkało nas największe rozczarowanie - furtka zamknięta na kluczyk, betretenverboten, nielegalne forsowanie niespodziewanej przeszkody grozi wysokim mandatem. Byliśmy bliscy niezastosowania się do polecenia, ale zbyt wiele oczu śledziło nasze poczynania. Było też za mało czasu na schodzenie i podchodzenie od strony wspinaczkowej. Zaciskając pięści i zgrzytając zębami zrobiliśmy kilkaset zdjęć pamiątkowych.



Naszą frustrację nieco złagodziła wręcz nieograniczona widoczność - 152 km. Dzięki doskonale opisanym panoramom szybko udało nam się zidentyfikować najważniejsze niemieckie, austriackie, szwajcarskie i włoskie szczyty widoczne jak na dłoni. Około godziny zajęło nam nasycenie oczu niesamowitymi widokami, obserwowanie grupki wspinaczy zdobywających Zugspitze od strony austriackiej i zwiedzenie całego obiektu.









Potem nie pozostało nam nic innego jak przełknięcie goryczy porażki (ale 20 metrów!) i droga powrotna na dół.





Solennie obiecaliśmy sobie wdrapanie się pod zloty krzyż w najbliższym czasie.
Przynajmniej przyjemność zdobycia Zugspitza nie została nam odebrana i wkrótce będziemy mogli w pełni cieszyć się tym momentem!


(red. KU)
(red. Mafadi)
 
****************************************************

Zainteresował Cię nasz wyjazd?
Chcesz zabrać się z nami na następny?
Napisz:
 
http://mafadi.pl.tl/Kontakt.htm 
 

 

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 2 odwiedzający (45 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
DEF