ABC
   
  Góry... Wolność, Pasja, Realizacja ____________________________ Korona Europy www.mafadike.pl.tl
  Tarnica
 

Tarnica - Mała Rawka
 
Dzień 1
Na wyjazd ten cieszyłam się już od dłuższego czasu, jako że o Bieszczadach bywalcy mówią wyłącznie w superlatywach. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy przyznając, że i na mnie wywarły one niezapomniane wrażenie. Wyprawa rozpoczęła się od morderczej podróży pociągiem z Poznania do Krakowa (16.30-0.30) z przesiadką do czterokołowego bolidu (1.00-6.00), by o wschodzie słońca wylądować na parkingu pod Małą Rawką [płatnym w sezonie].


Wędrówkę w promieniach słońca rozpoczęliśmy ok. 6.30 kierując się łagodnym podejściem z Przełęczy Wyżniańskiej szlakiem zielonym w stronę Połoniny Caryńskiej, do której dotarliśmy po ok. 45 min. Następnie nadal szlakiem zielonym zrobiliśmy klasyka, czyli przeszliśmy przez połoninę do schroniska Koliba. Na górze od skrzyżowania szlaków powitały nas podmuchy porywistego wiatru zrywające czapki z głów, co i tak byśmy zrobili w obliczu rozpościerających się widoków.







Z każdą minutą wiatr wzmagał się  coraz bardziej, co poskutkowało tym, że nasze tempo wyraźnie osłabło. Patrząc na ekipę z boku można było odnieść wrażenie, że oto na suchy ląd zeszła załoga rozkołysanego okrętu po półrocznym okresie permanentnego sztormu. Po zejściu z grzbietu wiatr się nieco uspokoił, jednak stało się jasne, że wkrótce czeka nas diametralna zmiana pogody.





W schronisku nawet się nie zatrzymaliśmy, tylko od razu, przez Przysłup Caryński, skierowaliśmy się na Widełki, zmieniając po drodze szlak na niebieski.



Warto zaznaczyć, że miejscami w wyniku czy to działalności człowieka czy też wichury, spotykaliśmy połacie powalonych/ściętych drzew. Mimo to, braki w oznaczeniu szlaku zostały uzupełnione jaskrawym sprayem i bez problemu podążaliśmy w wybranym kierunku. W międzyczasie słońce znikło za ciężkimi chmurami, zaczęło kropić. Po ok. 2,5 h dotarliśmy nad potok Wołosaty, gdzie stanęliśmy na krótki popas. Po przejściu mostu po obydwu stronach zachwyciły nas połacie wiosennych kwiatów.


 
W ciągu ok. godziny opuściliśmy zacisze lasu i weszliśmy na Bukowe Berdo, gdzie przeżyliśmy mały szok pogodowy. Uderzył w nas nie tylko wiatr, ale i śnieg, który w przeciągu najbliższych trzech godzin zmienił krajobraz nie do poznania. Nic to, w szczelnie zapiętych wiosennych kurteczkach nie daliśmy po sobie nic poznać i przez Krzemień podążaliśmy w stronę Tarnicy.







Widoki wprawdzie zostały ograniczone do kilku metów, ale klimat górski wyraźnie wyparł wrażenie wiosennego spacerku. W tych dosyć wymagających warunkach, ślizgając się na przysypanych kamieniach, brnąc w coraz grubszej puchowej pierzynce, dotarliśmy szlakiem czerwonym przez masyw Krzemienia i Przełęcz Goprowców na siodło pod szczytem, skąd już tylko 15 minut marszu dzieliło nas od jego zdobycia. Do ataku szczytowego przystąpiliśmy już w milczeniu, by pod krzyżem wieńczącym wierzchołek Tarnicy wydać z siebie dziki okrzyk radości oznajmiający zdobycie kolejnego etapu KGP. Przyniosło to nieoczekiwany efekt. Przestało wiać i padać!





Zejście w stronę Ustrzyk przez Szeroki Wierch okazało się niesamowitym przeżyciem dzięki oszałamiającemu zachodowi słońca, który we wszystkich odcieniach różu i pomarańczu osłodził nam cały dotychczasowy trud. Tarnica żegnała nas niezwykłą grą światła, wspomnienie, które na długi czas będzie z pewnością kojarzyć mi się z tym właśnie miejscem.




Grupa w zależności od stanu skatowania rozciągnęła się na odcinku ładnych kilkuset metrów i każdy pogrążony we własnych myślach, swoim tempem schodził w dół. Ostatnie pół godziny przebyliśmy już o zmroku przez las, gdzie każdy szelest przypominał opowieści o wilkach, każdy płatek śniegu wydawał się oczyma, księżyc z powodu zmęczenia szaleńczo tańczył po niebie, a wszystkiemu towarzyszyło pohukiwanie sowy; rodem z prawdziwego filmu grozy.

Cywilizację powitaliśmy w okolicach godziny 20 z niekłamną radością, a jedzenie i grzane wino w przydrożnym zajeździe smakowało jak nigdy. Czyli jak zawsze po zrobieniu ok. 25 km w przeciągu ok. 14h, po wcześniejszych 12h w podróży. Na koniec czekała nas jeszcze jedna atrakcja, a mianowicie przejażdżka samochodem terenowym [marki mi nieznanej] do schroniska Mała Rawka. Za opłatą gospodarz zechciał po nas przyjechać, za co jesteśmy mu dozgonnie wdzięczni, bo ostatnie 5 km po asfalcie z pewnością nie byłoby wymarzonym ukoronowaniem tego dnia. Czy muszę dodawać, że ok. godziny 22 wszyscy słodko udaliśmy się w objęcia Morfeusza?





Dzień  2

Małej Rawce warunki panują typowo schroniskowe, ale poza wąskim łóżkiem, prysznicem w piwnicy, ciepłą wodą o 8 i 20 wieczorem [do wyczerpania zapasów] i salą wspólną z kominkiem, absolutnie nic więcej nie było nam do szczęścia potrzebne. I wszystko to za jedyne 26 peelenów! O 9 w wybornych humorach spotkaliśmy się na śniadaniu, gdzie wspaniała kawa nastroiła nas pozytywnie na kolejny dzień przygód.


Gospodarze pozwolili nam zostawić zbędny bagaż w bacówce, przez którą i tak musielibyśmy przechodzić w drodze powrotnej. Plan na ten dzień nie był zbyt ambitny, jednak padający całą noc śnieg zapewnił dodatkowe atrakcje w postaci konieczności przecierania drogi. Ze schroniska szlakiem zielonym skierowaliśmy się przez mostek w kierunku lasu. Następnie wzdłuż strumienia, coraz stromiej wznoszącą się dróżką zmierzaliśmy na Małą Rawkę. Trasa zajęła nam niecałe dwie godziny, a byłoby jeszcze krócej, gdybyśmy oparli się pokusie wytarzania w świeżym śniegu. Ale nie potrafiliśmy sobie tego odmówić :) Niestety po wyjściu z lasu ponownie uderza w nas silny wiatr i zacinający śnieg, który skutecznie uniemożliwia rozmowy czy podziwianie widoków.









Warunki panujące na Małej Rawce całkowicie wybijają nam z głowy wszelkie beztroskie myśli. Śladem, jedna osoba po drugiej, przemykamy możliwie szybko na Wielką Rawkę.






Temperatura wykończyła baterie w telefonach i migawkę aparatu. Natomiast złamany kijek spowodował niegroźne osunięcie się ze szlaku. Mści się również wcześniejsze baraszkowanie w mokrym śniegu. Przemoczone ubrania, szczególnie rękawiczki, dają się mocno we znaki. Bez poratowania dodatkową parą przez bardziej przewidujących członków ekipy, wypad mógłby się skończyć zdecydowanie mniej przyjemnie. Na Wielkiej Rawce wypijamy po łyku gorącej herbaty i bez słowa schodzimy tą samą drogą. Przed nami majaczą sylwetki wędrowców równie szalonych, jak my. W drodze na dół żałujemy, że nie mamy sanek. To by dopiero była zabawa.

 
Świadomi trudnych warunków panujących na drogach żwawo schodzimy do bacówki, zabieramy nasze rzeczy i maszerujemy w stronę parkingu. Zimowe warunki towarzyszą nam jeszcze około 80 km od Ustrzyk. Dodatkowe atrakcje w postaci przebitej opony nieomal udaremniły nam powrót na czas do Krakowa. Na dworzec wpadam dosłownie w ostatniej minucie. Buty wierni towarzysze rzucają mi już w biegu, kijki postanowiły w ogóle ze mną nie wracać. Będzie co wnukom opowiadać, oj będzie...
 
 
(red. KU)


 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 2 odwiedzający (49 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
DEF