ABC
   
  Góry... Wolność, Pasja, Realizacja ____________________________ Korona Europy www.mafadike.pl.tl
  Luż
 

                       Luż 



O górach Łużyckich słyszał każdy. O tym, że nazwa całego pasma pochodzi od najwyższego szczytu, już nie koniecznie. O tym, że Łuż jest rodzaju żeńskiego, wie doprawdy niewielu. Okazała się ona niezwykle ciekawa nie tylko z lingwistycznego punktu widzenia.

Wybrana przez nas trasa na Łużę prowadziła przez Hvozd, o którym można poczytać wcześniej.  Na szczycie tym rozpoczęły się niestety towarzyszące nam do samego końca kłopoty z odnalezieniem właściwego szlaku. Dysponowaliśmy dosyć ogólną mapką dołączoną do artykułu w magazynie npm. Niestety nie pokrywała się ona z oznakowaniem szlaku podanym na drogowskazach. Zdecydowaliśmy się na przejście nieco okrężną trasą po stronie niemieckiej i szybki powrót po zdobyciu szczytu po stronie czeskiej.
O my naiwni...

Z Hvozdu skierowaliśmy się do niemieckiej wioski Heine, gdzie dotarliśmy bez trudu po około półgodzinie. Tam poszliśmy na Jonsdorf proponowanym na mapie okolicy szlakiem niebieskim.


Rozpoczęło się meandrowanie wzdłuż lokalnej drogi asfaltowej i zahaczanie o miejscowe ciekawostki typu ścieżka edukacyjna czy amfiteatr. Z ambitnym zdobywaniem szczytów niewiele miało to wspólnego.



Warty wymienienia jest jedynie kompleks skałek Nonnenfelsen. Jak to jest w zwyczaju naszych zachodnich sąsiadów obiekt został znakomicie oznakowany i przygotowany do wspinaczki. Jest tam wyznaczonych kilka(naście?) dróg wspinaczkowych, zaś w skałach są gotowe haki i karabinki. Nic tylko brać linę, uprząż i do dzieła. Niestety ze względu na zapadający zmrok nie mogliśmy dłużej eksplorować tego miejsca, ale solennie obiecaliśmy sobie jeszcze tutaj wrócić.




 
 
Po dalszym błąkaniu się po Jonsdorfie w poszukiwaniu jakiegokolwiek oznakowania szlaku postanowiliśmy zapytać starszą panią. Bez jej pomocy nigdy nie trafilibyśmy na dobrą drogę. Czyżby Niemcy nie przepadali za Czechami i z premedytacją nie kierują turystów do swoich sąsiadów?
Po około pół godzinie na naszej drodze stanęła knajpka, w której postanowiliśmy napić się herbaty i kakao. I zjeść ciasto. I frytki. I zupę serową. I grzane wino... Do wyjścia ok. 19 zmobilizował nas dopiero wieczór taneczny, na który zaczęła się schodzić lokalna śmietanka towarzyska. Męska część łakomym wzrokiem spoglądała na dziewczyny, które zaniżały średni wiek potencjalnych partnerek o jakieś ćwierć wieku. Taka okazja nie nadarza się często, ale z drugiej strony góra sama się nie zdobędzie
Już w całkowitych ciemnościach zaczęliśmy sprawnie dobywać szczytu. Dopiero ostatnia godzina podeścia pod szczyt stanowiła wyzwanie, ponieważ pojawiły się bardziej nachylone i do tego oblodzone odcinki. Pomocne byłyby raki, ale i bez nich daliśmy radę. Każdy zaliczył kilka poślizgnięć i upadków, ale boczkiem, boczkiem, zdobyliśmy Łuż.


Szczyt jest ładnie zagospodarowany z ławeczkami i miejscem na ognisko. Po wypiciu herbaty rozpoczęliśmy mozolne, ze względu na lód, schodzenie. Ponownie każdy fiknął kozła, co niestety skończyło się urazem dłoni naszego towarzysza.
W ciemnościach przy fatalnie oznakowanych szlakach udało nam się pomylić drogę i wyszliśmy w jakiejś czeskiej wymarłej wiosce. Ponownie zostaliśmy zmuszeni do zapytania kogoś o drogę, co okazało się zadaniem niemal niewykonalnym, bo w okolicach godz. 20.30 ulice były całkowicie wyludnione. W końcu po niemal godzinnej wędrówce po asfalcie, którą chcielibyśmy jak najszybciej wymazać z pamięci, dotarliśmy do samochodu. Pełni nadziei na wygodny nocleg powróciliśmy na stronę polską. Ale to już materiał na inną opowieść.

(red. KU)

 
  Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzający (42 wejścia) tutaj!  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
DEF